niedziela, 20 listopada 2011

Przepraszam za tak długą nieobecność - ostry start na uczelni, kilka tysięcy zdjęć do uporządkowania, parę różnych prezentacji do zrobienia... Jeszcze i tak nie wszystko ogarnięte, ale postaram się w ten weekend chociaż trochę nadrobić zaległości :)
Wirus na moim aparacie został już okiełznany, także zdjęcia odzyskane :) (ukłony dla Roberta Sz.!!!). Wrzucę coś w ten weekend. Teraz jeszcze Sylwia walczy ze swoim wirusem, jak jej się uda, to może nie będzie trzeba pocztą lotniczą zdobywać zdjęć od Maggy ;)

Mam też fajne nagrania z prób chóru i mszy - mam nadzieję, że uda mi się to tu zamieścić. Śpiewają fenomenalnie! Montaż wprawdzie mało profesjonalny, ale jakoś tragicznie po uszach nie daje ;)

No i niestety nie udało się, piszą mi tu, że jest jakiś problem :/ Więc podaję linka do miejsca, z którego można sobie taką muzykę ściągnąć w formacie .mp3 :) 
Jednocześnie informuję, że wszystkie nagrania są mojego autorstwa, oraz że wyrażam zgodę na zapisywanie ich na dyskach, przechowywanie i używanie w dowolnym, NIEKOMERCYJNYM celu. No, chyba, że się podzielicie zyskami, to możemy pogadać ;) Publiczne odtwarzanie oczywiście dozwolone :)

A oto link, mam nadzieję, że będzie działał bez zarzutu:
http://www.sendspace.pl/file/dfb1eacd23ce12d979b80d6

Albo tak, bo nie wiem, które to ma działać ;)
<iframe src="http://www.sendspace.pl/file/remote_player/dfb1eacd23ce12d979b80d6" frameborder="0" width="520" height="80"></iframe>

Jak ktoś spróbuje, to niech da znać, czy to działa :) Jak nie, to będę kombinować inaczej...
Pozdrawiam,
Zosia

środa, 28 września 2011

A w nagrodę dla wytrwałych czytelników...

... nagroda specjalna:


GORĄCE, ZAMBIJSKIE SŁOŃCE - W SAM RAZ NA ZIMNE, POLSKIE, GRUDNIOWE WIECZORY :D :D :D


Ciąg dalszy Afro-opowieści :)

W czwartek, 15.09., od rana byłyśmy w Rufunsie. Mój rower pierwszy raz miał hamulce! :D Co za komfort podróżowania! :D
Popołudnie upłynęło nam na przygotowaniach do wieczoru pożegnalnego Agaty. Był grill, sałatki, ciasto i ciasteczka, ponadto wino, Amarula i dużo soft drinków ;) Wieczór miły, szkoda tylko, że ostatni w pełnym składzie :( Nie dosyć, że Agata wracała do Europy, to jeszcze father Michał jechał na drugi dzień na wakacje, nad jezioro Malawi.


Pożegnanie Agaty. Od lewej - na górze: Michał, Sylwia, Amy, Maciek; na dole: Frances, Agata, Zosia, Maggy. A na stole obowiązkowa sałatka z papai i bananów oraz ciasteczka owsiano-kukurydziane wg przepisu Agaty :)


W piątek rano (czyli ok. 5:20...) poszłyśmy z Sylwią pożegnać Agatę. Później przyszły dzieci z Kamenshyi, z programu adopcyjnego, a po południu, szczerze mówiąc, nie pamiętam, co robiłyśmy, a nie zapisałam :> Więc wybaczcie, ale będzie dziura w opowieści ;) Wieczorem, zdaje się, byłyśmy na probostwie, bo father Maciek został sam, więc łatwiej go było ograć w mizerkę ;)

W sobotę oprowadzałyśmy po Mpanshyi pana Pawła z Ministerstwa Spraw Zagranicznych, który przyjechał do Zambii skontrolować parę projektów. Po lunchu większą ekipą udaliśmy się pod Rufunsę, na święto chiefa, czyli króla okolicy :) Niestety dotarliśmy dopiero na koniec, ale na 2 lokalne tańce jeszcze się załapaliśmy ;) Niestety zdjęcia - od tego momentu począwszy - będę wstawiać za czas jakiś, ponieważ chwilowo utknęły na aparacie i nie da się ich zgrać z powodu wirusa. Mam nadzieję, że w końcu się odblokują :)

Mieszkanki okolicznych wiosek zmierzają na uroczystość.

Przygotowania do występu :)


Spódniczki ze słomek z kamyczkami i kapselkami, grzechotki na nogach.  Efekt: dużo pozytywnego hałasu ;)

Amy i Frances z inną taneczną gwiazdą :)

Do chiefa można podejść tylko z prezentem




W niedzielę rano była msza, a następnie ulokowałyśmy się u Maggie na werandzie, gdzie panie z wioski plotły nam na głowach dziesiątki warkoczyków ;) To, co teraz mamy na głowach, nazywa się "fish tail & picking" :] Zdjęcia - jak ogarnę wirusa ;)
Wieczorem kolejny odcinek Kina u Fathera :)


Przed rewolucją ;)

Na początku...
I pod koniec przewrotu ;)


W poniedziałek 19.09. rano pojechałyśmy z ks. Maćkiem do kaplicy Padre Pio, w celu pomalowania filarów :] Było bardzo zawodowo - drabina, rusztowanie, poziomica, rysunek techniczny, szablony i w ogóle ;) Do tego farby, pędzle, wałki i palety i efekt, moim zdaniem, całkiem przyzwoity :) Ocenicie sami, jak wydobędę zdjęcia z aparatu ;)









We wtorek 20.09. zorganizowaliśmy drugą wycieczkę na skałki do Lukwipy :) Tym razem w składzie ks. Maciek, Amy, Frances, Sylwia i ja, i na wyższe partie skał. Było trudniej, niż ostatnio, ale równie przyjemnie :) Zdjęcia są rewelacyjne (gratulacje dla Sylwii!), ale niestety tkwią w aparacie ;) Wrzucę, jak tylko się da.



























Frances & Amy :)




Z góry roztaczają się piękne widoki na dziką, afrykańską okolicę...



I kolejny rajski piknik w pod naszym małym wodospadem :)



W środę 21.09. wróciliśmy do Padre Pio, w celu domalowania konturów wzorów na filarach, ale niestety okazało się, że zarówno pędzle, jak i farba, nie bardzo nadają się do użycia, więc wróciliśmy do Mpanshyi.
Zakładam, że zambijska policja nie czytuje mojego bloga, więc dodam, że miałam wówczas okazję pierwszy raz w życiu prowadzić samochód po lewej stronie drogi, zmieniając biegi lewą ręką i w ogóle wszystko robiąc odwrotnie, niż przywykłam ;p Myślałam, że większy problem z tym będzie, ale poszło całkiem gładko ;) Tyle, że nielegalnie, bo w Zambii nie uznają międzynarodowego prawa jazdy, no i chyba przekroczyłam prędkość, ale nikt nie pamiętał, jaka obowiązuje, więc pewna nie jestem ;p
Wieczorem miałyśmy pożegnalną kolację u sióstr, a później siedziałyśmy u Maggie, próbując przegrywać sobie nawzajem zdjęcia (co oczywiście namiętnie utrudniały nam wirusy rodem z kafejki w Lusace :/) oraz produkując pamiątkowe bransoletki na nogi :)

W czwartek 22.09. działo się tyle, że chyba nie zdołam nawet o wszystkim wspomnieć ;p Usiłowałyśmy podokańczać wszystkie niedokończone sprawy - szpital, adopcję, nutrition centre i wiele innych, co skutkowało bieganiem całe przedpołudnie od sióstr do przedszkola, od przedszkola do Maggie, od Maggie do szpitala itd. Na szczęście większość rzeczy udało się załatwić :)
Po lunchu zamelinowałyśmy się z Sylwią i Maggie na probostwie, w celu przygotowywania naszego wieczorku pożegnalnego. Był grill, tosty, sałatki, sernik na zimno (sic! w dodatku oryginalny, polski!) i ciasteczka korzenne :) No i oczywiście Mosi i Cola ;) I gitara, i chitenga z Bobem Marleyem, i dużo dobrej zabawy :) (zdjęcia oczywiście tkwią na aparacie ;))


Sernik na zimno a la tort :) Były drobne perturbacje z galaretką, ale ostateczny efekt całkiem  zadowalający ;)

Maggy i żyrafy

Rasta people! :))

Sylwia w nowej odsłonie ;)


W piątek 23.09. o godz. 5:00 opuszczałyśmy Mpanshyę :(
Wstępnie miałyśmy jechać do Lusaki, ale 20.09. były w Zambii wybory prezydenckie i cały czas było jeszcze trochę niespokojnie, wszystko pozamykane, więc zawieźli nas prosto do Kasisi. Dzieciaki tak powyrastały, że niektórych nie poznałyśmy! 2 miesiące to jednak dużo czasu jest :>

W Kasisi spędziłyśmy cały dzień, przenocowałyśmy i w sobotę 24.09. siostra Mariola z Sonią odwiozły nas na lotnisko :(
Przykro było opuszczać Zambię... Mam nadzieję, że dużo zabrałyśmy ze sobą...
Że wrócimy...

Witamy z powrotem! :)

Moja troskliwa Rodzinka postanowiła zminimalizować mi szok popowrotowy i przywitać prawie-afrykańskimi bananami... ;)




W niedzielę, 25.09. o 10:00 wylądowałyśmy bezpiecznie w Poznaniu, wpadając prosto w środek rodzinno-przyjacielsko-uczelnianego kotła ;) I generalnie od tego czasu biegamy i załatwiamy różne sprawy - praktyki, indeksy, książki z biblioteki, Fundacja, znajomi, stęsknione Babcie itd. ;) Nieco utrudnia nam życie fakt, że mamy wykłady w systemie 8:00 - 18:15, ale na szczęście z okienkami w międzyczasie, więc staramy się je zawsze wypełnić, jak tylko się da. Poza tym w Poznaniu są obecnie przynajmniej 4 duże remonty ulic, w najbardziej strategicznych miejscach miasta, korkuje się to wszystko okrutnie, no i pozmieniali wszystkie trasy tramwajowe, co musiałyśmy szybko ogarnąć, żeby w ogóle dotrzeć na zajęcia ;)

Oto pokrótce nasze ostatnie 2 tygodnie w Afryce...   [   :'(   ]

Wtorek 13.09. Lusaka.
6:00 - wyjazd do Lusaki. Czyli ok. 6:30 byliśmy już gotowi ruszać ;) Jechały z nami Amy i Frances (nasze nowe koleżanki z Anglii, studentki medycyny, na praktykach w szpitalu w Mpanshyi), 7 studentów ze szkoły pielęgniarskiej, siostra Waleria i kierowca. Razem 13 osób plus bagaże, a to wszystko w jednym, małym, szpitalnym ambulansie :) 3 osoby z przodu, pozostałe 10 z tyłu, na drewnianych ławeczkach, ustawionych pod bocznymi ścianami :) Dojechaliśmy szczęśliwie ;)
Poruszałyśmy się zgrabną czwóreczką, z Angielkami. Najpierw Immigration Office, bo Sylwia i ja musiałyśmy przedłużyć wizy. Zeszło nam - bardzo NIE po zambijsku - 4 minuty :D Potem Northmead Market, w celu zakupu olbrzymiej ilości sztucznych włosów do warkoczyków ;p A na koniec, tradycyjnie, Manda Hill - maile, zakupy i pizza na lunch ;) Nawet się lody na deser trafiły, z Hungry Liona ;p
Wracaliśmy ponownie ambulansem, z tą różnicą, że nie było siostry Walerii, były za to olbrzymie ilości zakupów, co sprawiło, że ścisk był okropny, a  Amy w ogóle siedziała na jakiejś walizce na środku, pomiędzy nogami ;) Po drodze zjechaliśmy na moment do Rufunsy, a żeby stamtąd wyjechać na drogę asfaltową w stronę Mpanshyi, trzeba się przebić przez niesamowite wertepy - bardzo polecamy jazdę afrykańskim ambulansem, na drewnianej ławeczce, przez dziury głębokości 40 cm ;p

Środa, 14.09. Luangwa - Kraina Baobabów.
Rano (bodajże koło 6 czy 7:00) wyruszyliśmy do Luangwa Bridge, koło Katondwe. Miejsce przepiękne. Góry, chatki i baobaby. Mnóstwo baobabów. Wielkich, dumnych, majestatycznych pomników Afryki. Najpiękniejszych drzew świata.




A ok. 10:00 wsiedliśmy na małą motorową łódkę i wypłynęliśmy na spotkanie wody, słońca, słoni i hipopotamów :]
Pierwszy napotkany słoń, zupełnie nietypowo kąpiący się w południe, zamiast o zmroku ;)


Moje pierwsze w życiu, samodzielnie wykonane, zdjęcie hipopotamów :)




Krokodyle :)




Słonie i Baobaby. Wielkie. Potężne. Majestatyczne. Piękne.

Orzeł zambijski. Narodowy ptak Zambii. Widnieje m.in. na banknotach.

Antylopa impala :)

Lunch w buszu ;)
Bardzo oryginalne wrażenie - wsuwać makaron z tuńczykiem, siedząc pod drzewem w leniwe, środowe popołudnie, gdy po drugiej stronie rzeki porykują hipopotamy...


Małpka - towarzyszka lunchu :)

I jeszcze jeden słoń, wypatrzony po drugiej stronie rzeki w trakcie lunchu :)

Sjesta ;P








Zimbabwe. Tak samo wyglądało w Livingstone. Strome, czerwone skały.

Father Michał i Zimbabwe ;)


Hipisi, czyli hipy-kwiaty ;)


I jak tu się nie zakochać...?



...Bo najpiękniejsze zachody słońca są w Zambii...